Michelle Martin - Szalona panna Mathley

by - poniedziałek, grudnia 28, 2015

Tytuł: Szalona panna Mathley 
Autor: Michelle Martin 
Liczba stron: 239
Przekład: Maria Głowacka
Wydawnictwo: Amber 
Kategoria: Romans


Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim typem romansu. Bo to nie jest zwykły romans - przynajmniej w moim mniemaniu. Nie wiedziałam czy mam się śmiać, płakać a być może jedno i drugie... Przesłodzić się go nie dało, za to co chwilę mój wyraz twarzy wręcz krzyczał "what the f*ck!".

Głowna bohaterka Melinda pochodzi z wyższych sfer i czas już by wyszła za mąż. Niestety każdy kandydat nie sprostał wymogom panny Mathley, co doprowadza do białej gorączki jej ojca. Gdy po raz siódmy dziewczyna odmawia za mąż pójścia, jej ojciec nie wytrzymuje i pod wpływem gniewu ostrzega swą córkę, że kolejny kandydat, czy tego chce czy nie, zostanie jej mężem. Melinda postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i upiec dwie pieczenie na jedynym ogniu. Jak tego dokonuje? A no postanawia się zaznajomić ze sławnym "hulakom i rozpustnikiem" jakim jest lord Carlton. Właśnie tu rozpoczyna się cała przygoda, która mówiąc szczerze bardzo mnie zaciekawiła.

Nie czytam takich pozycji, jednak ta miała to coś co mnie przyciągało. Mogę bez wyrzutów sumienia stwierdzić, że charakter, którym autorka obdarzyła Melindę nadawałby się na komedię, lub też do konkursu - farbowana blondynka. Ta dziewczyna była głupia i zacofana, ale na ironię losu również przebiegła i mądra. Od taki paradoks. Jej pomysły były totalnie głupie, jednak działały, a chyba o to w tym chodzi. Niejednokrotnie mogłam się na prawdę uśmiać z jej... rozumu.

"Bandyta spojrzał na niego.
- Nic jej się nie stanie, jeśli tylko zrobi to, co jej każę. Oddaj ten naszyjnik, panienko! Również kolczyki i bransoletkę.
- Och, oczywiście! (...) I tak te błyskotki nigdy mi się nie podobały. Mama nalegała, żebym je nosiła, ale są takie pospolite, że wcale nie dodają mi urody. Potrzebuję czegoś bardziej efektownego, nie uważa pan?(...) Niech mi pan powie - paplała - czy ubiera się pan w ten sposób, żeby przerazić swoje ofiary, czy też interes zbójecki idzie tak kiepsko, że nie stać pana na przyzwoitszy strój?(...) Rozbójnik, który obrabia ludzi z klejnotów, powinien znaleźć sobie lepszego krawca. Ma pan krawca? A może ja mogłabym pana skierować..."


Rozbójnik, czy złodziej czy ktokolwiek inny wzbudzał w Melindzie nie tyle strach co podekscytowanie i ciekawość. Spotykała takich ludzi na swojej drodze pierwszy raz w życiu i nie myślała o konsekwencjach takiego spotkania, a raczej o tym, że to jedyna szansa by wypytać delikwenta jak to jest nim być. Nie jedna pannica na jej miejscu krzyczałaby wniebogłosy, ale nie ona.

Nasza główna bohaterka była bardzo dobrze wykreowana. Odróżniała się od pozostałych postaci i wprowadzała radość w karty powieści. Bardziej niż romans określiłabym tę książkę przygodówką lub jakąś sensacyjną pozycją. Na każdym kroku działo się coś niesamowitego i to właśnie Melinda była osobą, która uczestniczyła w tych wydarzeniach ciągnąc za sobą lorda Carltona, który z kartki na kartkę, z hulaki i rozpustnika stawał się prawym człowiekiem.

Pozycja bardzo dobra na odmóżdżenie i oderwanie się od swoich ulubionych gatunków. Większą część książki nie mogłam uwierzyć jak ktoś mógł napisać coś tak... banalnego a zarazem ciekawego, bo nie mogę powiedzieć, że to jakiś chłam. No ok. Może i nim jest, ale za to pełen dynamizmu, humoru i jednego ważnego przesłania - nie liczy się kto jest bogaty na zewnątrz, ale kto ma coś do zaoferowania swoim bogactwem wewnętrznym. Pozycja ta pokazuje nam, że w miłości pieniądze nie są najważniejsze, a wsparcie drugiej osoby, jej zaufanie, trwanie w chwilach radosnych i smutnych. Owszem pieniądze są ważne, ale nie tak bardzo jak uczucia i emocje, których za pieniądze tak na prawdę się nie kupi. 

Na początku podchodziłam do tej książki sceptycznie - że niby mam to przeczytać? Przecież to dziadostwo. Za namową koleżanki jednak się skusiłam.. co to jest dwieście stron dla mnie - pomyślałam. Teraz gdy mam Szaloną pannę Mathley za sobą mogę Wam z czystym sumieniem napisać, że świetnie się bawiłam czytając ją. Niesamowicie poprawiała mi humor. Wątek miłosny był bardzo okrojony wręcz niewidoczny. Dopiero na końcu coś zaczyna iskrzyć ale po za tym była jedna, wielka, dynamiczna akcja.

Gdybyście kiedyś mieli okazję przeczytać tę książkę, to polecam. Nie bierzcie jej na serio, ani nie uznawajcie za coś poważnego. Potraktujcie tę pozycję jak parodię, żart autora, który pisząc poważne dzieła postanowił stworzyć coś ironicznego.

Przydało mi się takie odmóżdżenie i zachęcam każdego do skorzystania z takowego przywileju. W końcu nie jest nigdzie napisane, co mamy czytać a co mijać szerokim łukiem. Wszystko zależy od nas samych. Zarówna ja jestem tego dowodem po przeczytaniu tej książki, jak i główna bohaterka utwierdza nas w przekonaniu, że nie ważne co pomyślą o nas inni, ważne, że my sami jesteśmy z siebie zadowoleni.


Moja ocena: Celujący

Książka bierze udział w wyzwaniach:





Zobacz także:

4 komentarze

  1. Zdecydowanie nie przepadam za romansami. Raczej unikam tego gatunku jak ognia. Jednak po Twojej recenzji przemyślę to. Może przyda mi się odmóżdżenie? Najlepiej w czasie sesji :D
    Pozdrawiam.
    http://artemis-shelf.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaznaczam, że sama nie nazwałabym tego romansem :) ja się w większej mierze uśmiałam niż robiłam maślane oczy i wzdychałam czemu mnie takie coś nie spotyka :)

      Usuń
  2. Namieszałaś mi w głowie i teraz chce ją przeczytać :D

    OdpowiedzUsuń

Jest mi niezmiernie miło, że poświęciłeś swój czas i przeczytałeś mój wpis. Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz, za każdą radę i krytykę. Mam nadzieję, że jeszcze do mnie zawitasz czytelniku!